samo życie ...
Kiedyś do kościoła chodził od wielkiego dzwonu, bardzo rzadko i niechętnie.
Dzieci gdy dorosły też wzięły rozwód z tą instytucją, z różnych względów. Ona
sama została z coniedzielną mszą. Obowiązkową, inaczej czegoś Jej brakowało,
niedziela nie była wtedy wystarczająco świąteczna. Może nie pogodziła się, ale
zaakceptowała decyzje najbliższych. Gdy Jej zabrakło On zaczął często dawać na
msze za Jej duszę. Dzieci zawiadamiał. Przyszli raz czy dwa, żeby Go wesprzeć,
żeby być z Nim w tym dniu, gdy Ją stracili. Ale bywanie w kościele w krew im
nie weszło. Jemu to widocznie potrzebne, im nie. Ona duszę miała piękną, żyje
wciąż w ich sercach, mszą nie trzeba im Jej przypominać, nie zapomną. On tego
nie rozumie i nie akceptuje.
Dziś rano przed pracą byłam u Niej, położyłam
wiązankę z bladych róż, zapaliłam światło, półgłosem wygłosiłam monolog błądząc
wzrokiem po słonecznym niebie.
Wieczorem zadzwoniłam do Niego i dostałam
ochrzan!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz