archiwum

okruchy pamięci
(tu przenoszę archiwalne posty z mojego bloga na Onecie)

sobota, 4 sierpnia 2012

23 sierpnia 2007

samo życie ...

Kiedyś do kościoła chodził od wielkiego dzwonu, bardzo rzadko i niechętnie. Dzieci gdy dorosły też wzięły rozwód z tą instytucją, z różnych względów. Ona sama została z coniedzielną mszą. Obowiązkową, inaczej czegoś Jej brakowało, niedziela nie była wtedy wystarczająco świąteczna. Może nie pogodziła się, ale zaakceptowała decyzje najbliższych. Gdy Jej zabrakło On zaczął często dawać na msze za Jej duszę. Dzieci zawiadamiał. Przyszli raz czy dwa, żeby Go wesprzeć, żeby być z Nim w tym dniu, gdy Ją stracili. Ale bywanie w kościele w krew im nie weszło. Jemu to widocznie potrzebne, im nie. Ona duszę miała piękną, żyje wciąż w ich sercach, mszą nie trzeba im Jej przypominać, nie zapomną. On tego nie rozumie i nie akceptuje. 

Dziś rano przed pracą byłam u Niej, położyłam wiązankę z bladych róż, zapaliłam światło, półgłosem wygłosiłam monolog błądząc wzrokiem po słonecznym niebie. 
 
Wieczorem zadzwoniłam do Niego i dostałam ochrzan!
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz